poniedziałek, 14 maja 2012

Niech prawda wyjdzie na jaw!

W komentarzach pod ostatnim postem utworzyła się taka mini-dyskusja. 
Dotyczyła ona macierzyństwa, obawy przed nim i sposobów aby "się nie dać".
Moje początki z niemowlakiem były - (szukam słowa...) KOSZMARNE.

Przez pierwsze trzy miesiące nie wychodziłam praktycznie z sypialni, w której to walczyłam z laktacją, niekończącą się kolką, 
bolącymi szwami po CC, a także z ciągłym płaczem.

I nie mówię tu o jakiejś depresji poporodowej, a o płaczu z bezsilności.
Bezsilności nad płaczącym maluszkiem, 
który za nic w świecie nie chciał jeść z moich piersi.
Nad tym, że płakałam z nim, bo byłam święcie przekonana, że coś go boli.
Nad tym, że tyle godzin spędzam nad laktatorem.
Nad tym jak bardzo kochanego mam Męża, który tyle pomaga i pociesza 
(ciągle wyznawałam mu miłość i byłam bardzo wzruszona = czytaj hormony:)

I co najważniejsze, nie opuszczało mnie poczucie JAK ZŁĄ JESTEM MATKĄ.

A tylu pięknych historii naczytałam się na blogach i forach, jakie to wszystko jest piękne, jak naturalnie to wszystko kobietom przychodzi, i jak szczęśliwe się czują.

W tym miejscu chciałabym ZAAPELOWAĆ do bloggerek, aby pomagały innym Mamom, pisząc o trudnych chwilach, o sposobach na ich rozwiązywanie raczej, 
niż o idealizowaniu tych początków.

Ja byłam tym bardzo sfrustrowana.

Potem w mailach od innych blogujących Mam dowiedziałam się, że to nie JA jestem inna, tylko, że o tym się raczej nie pisze.

A ja dzisiaj piszę i pomimo świadomości, że zjedzą mnie za chwilę różne Supermamy, chcę powiedzieć, że JEST  cholernie ciężko i wcale nie jest tak pięknie.

Choć z czasem powolutku, powolutku wszystko się prostuje, wyjaśnia, rozszyfrowuje:)

A Wy dziewczyny?
Jakie najczęściej problemy wpędzały Was we frustrację, 
w tych pierwszych miesiącach?

A może jednak są Mamy, u których wszystko było takie cudowne?






78 komentarzy:

  1. Ja sie nie wypowiem, bo to wciąż przede mną. Ale wiem, że nie należy zbytnio idealizować tego czasu. Początki bywają trudne - wiem choćby z doświadczenia koleżanek, które mamami już są. No i dzięki takim wpisom jak ten! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jagódko, jakby co, pisz do ciotek blogowych:)))

      Usuń
  2. Ja mama 4 miesięcznego synka mówię AMEN ! :)

    Bear Grylls powinien nakręcić odcinek ""Szkoły przetrwania" w sypialni mamy noworodka !!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, ha, ha, no właśnie! Co Bear Grylls wie o przetrwaniu?!!!:)))))

      Usuń
  3. Hmm, horror!!!!
    Wieczny płacz. Mój i córki.
    Nieprzespane noce, koszmary, w których wyrzucam własne dziecko do studzienki.
    Córka płakała całymi dniami i nocami, ja zaczynałam około 19-stej i tak do rana.
    Pępek nie odpadał, obojczyk złamali dziecku podczas porodu, który był drugim horrorem.
    Niekończące się noszenie, bujanie...
    Druga córka - rewelacja. Tak poród jak i później.
    Ja zawsze głośno mówiłam o moich ciężkich miesiącach po porodzie, ale wszyscy to negowali, mówili jedynaczka, albo zaprzeczali twierdząc, że tak źle być nie może.
    Było!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pola, dzięki za tą historię. Rzeczywiście trochę horror:) Nam pępek tez nie odpadał!

      Usuń
  4. mam 2 chlopakow, luke ma 10 lat, lian 4. jak luke sie urodzil lezal tydzien w szpitalu a ja bylam w domu i tylko plakalam bo myslalam ze on umrze (byl bardzo chory) ale wszystko bylo dobrze, karmilam go co 4 dodziny i reszte przespal, bylo superrrrr ;)

    za to lian byl zdrowy, ale od razu plakal, juz w szpitalu, wszyscy mowili ze kolki, on nie, on nie potrafil sam zasnac i nieraz tak 6 albo 8 godzin plakal...i ja znim...balam sie ze cos z nim jest, ze cos go boli, chodzilam do lekarzy...az jeden lekarz powiedzial ze mam go bardzo mocno owinac w koc, tak jak takigo "burrito" i wiesz co, 8 godzin przespal i wszystko bylo dobdze. ale przez te 4 tygodnie w ktorych on tak plakal to myslalam ze wyskocze przez okno. w tedy mi siwe wlosy urosly, mam taki jeden pas siwych wlosow na glowie. nigdy tego nie zapomne.

    wiesz, moze bym jeszcze jedno dziecko chciala (n.p. dziweczynke, ale moj maz chyba dziewczynek nie umie ;)) ale nie wiem czy bym nie zwarjowala bo bym sie bala ze jeszcze raz cos sie takiego stanie, za stara no to jestem ;)

    przepraszam za byki, ale ja zyje od 1984 roku w niemczech i zapomnialam ;))

    xx dorota

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorotko, wiesz co, u mnie takie ciasne zawiązywanie w becik też bardzo pomagało. Z tymi siwymi włosami to niezła historia! Nie zwracam uwagi na byki, pisz kochanie jak najwięcej i jak najcześciej, to Ci się polska mowa trochę przypomni:)) Bardzo mocno Cię ściskam!

      Usuń
  5. ja już się czuję najgorszą przyszłą matką na świecie i jestem przerażona :)

    nie żebym była przy nadziei ale ogólnie i obecnie mam fazę zazdrości tym kobietom, które mają pierwsze miesiące za sobą!

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olcia, Ty mi tutaj nie wyprzedzaj faktów! Czekaj grzecznie w kolejce na malucha, może trafi Ci się fajny egzemplarz:) Poza tym jesteś świetną Babą, wesołą, zwariowaną, więc jak możesz myśleć, że coś Ci się nie uda? Uda! A jak Ci będzie smutno wtedy wyżalisz się szybciutko na blogu, a my cię utulisiujemy!!

      Usuń
    2. ha w razie czego wiem, że będę miała wsparcie :))
      fajnie, że są w sieci takie równe babki jak Ty !

      Usuń
    3. Al - miałam takie przemyślenia jak Ty. Ja mamą? Porównywałam siebie do innych mam i to był najgorszy błąd. Nie wyobrażałam sobie siebie w ciąży. Jak już byłam to było cudnie ale nie wyobrażałam sobie jak to będzie. Początki nie były kolorowe jak to czasami widać w gazetach - aktorki na spacerku z dziećmi odstawione jak stróż w Boże Ciało, wymalowane, uczesane - ja tak nie wyglądałam na wielkie wyjście jak co niektóre na co dzień. Ale gdy już ochłonęliśmy było coraz lepiej. Niektórzy mówili mi "nie mogę uwierzyć,że jesteś mamą" ja odpowiadałam "ja też". Nie było to miłe i nie pomagało ale teraz niech mi ktoś powie że nie jestem dobrą mamą... to powiem spadaj.

      Usuń
  6. Witaj
    Znalazłam bloga przez przypadek i sie zaczytałam :)pozwól że bedę tu do Ciebie wracac jestem mama dwóch córek 18 i 15 letniej i synka który pare dni temu skonczył rok i powiem Ci że przy nim czuje sie czasami jak Wyrodna matka tez jak ty 4 mies, nie wychodziłam z szlafroka kolka płacz zółtaczka przedłużająca sie z powodu zbyt dobrej jakosci mojego pokarmu koszmar łzy łzy i jeszcze raz łzy teraz jest juz lepiej choc czasami Stas daje popalic tak jak dziś:)ale kocham go ponad życie i Kochane Mamy to da sie przezyć choć chwilami jest żle to usmiech maluszka rekonpensuje wszystko pozrawiam Beata

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Beatko, witaj! Historie podobne i podobny happy end:))) Pozdrawiam!

      Usuń
  7. oj tak.Już kiedyś pisałam o tym u siebie.Pod tym postem też zostawiłaś Gabrysiu u mnie wpis który wstyd się przyznać odkryłam dopiero niedawno :/
    Ale wracając....
    U nas też kolorowo nie było.Płacz mój i małej,wstawanie po 5 razy w nocy.Wycie na spacerach, w sklepach.Dodatkowo wyjazdy do IMiD-u do W-wy na konsultacje,operacje,kontrole.Ząbkowanie - jakiś dramat.
    Często chciałam pieprznąć wszystko,trzasnąć drzwiami i wyjechać sama na tydzień i niech sobie radzą....
    Znajome które miały starsze dzieci mówiły "oj zobaczysz co będzie później,ciesz się,że jeszcze nie siedzi,nie raczkuje,nie chodzi" (tak na każdym etapie mówiły)
    U mnie było inaczej, jak zaczeła siedzieć,chodzić ja zaczęłam odpoczywać.Dziecko zajęło się garami z szafki,gazetami a ja spokojnie mogłam posiedzieć bez bujania,noszenia,wycia.Odpoczywałam.
    Teraz jak mam 2latkę to czuje,że żyje.Wszędzie można z nią pójść.Nie trzeba brać tobołów z mlekiem,butelkami,pieluchami,chusteczkami itp.
    I też zdarzają nam się wpadki,że marudzi , powyje troche ale można się z nią dogadać jak boli,gdzie boli,że chce pić,jeść i ,że siku...
    Teraz jest poprostu normalnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak! U mnie również roczek i początek samodzielnego chodzenia był tym przełomem. Czekam teraz na komunikację paszczową i już w ogóle będzie super! Pozdrawiam!

      Usuń
  8. Po pierwsze dziękuję ci za przemiłe słowa :)

    W moim przypadku było dramatycznie, ale wyłącznie dlatego, że poród był nagły i skomplikowany, wywołany przedwcześnie paskudnym zakażeniem i że miałam robione CC niemalże na żywca, bo nie udało się mnie znieczulić. Cierpiałam i rozpaczałam, bo bałam się o życie J., a potem się jeszcze okazało, że w szpitalu, w którym rodziłam, nie mają odpowiedniego sprzętu, żeby go ratować i pojechał do CZD. Więc przez ponad tydzień po porodzie leżeliśmy on w innym szpitalu, a ja w innym. To była prawdziwa męka. Kolejny miesiąc, który spędzałam już z nim w szpitalu też mnie mocno wyczerpał nerwowo i przeżyłam prawdziwe załamanie, kiedy do szpitala musieliśmy jeszcze wrócić, ale właśnie dlatego potem nic mi już nie przeszkadzało. Fakt, że mogłam go mieć w domu, że żył, że zdrowiał, rósł, uśmiechał się był dla mnie takim cudem, że kompletnie mnie nie ruszały płacze, nieprzespane noce i inne kwiatki. A w tych naprawdę nerwowych momentach po prostu szłam sobie gdzieś do innego pokoju i wyzłaszczałam się na głos z dala od J. - takie katharsis ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojeju, ale przykrości Cię spotkały! Umarłabym chyba ze strachu i tęsknoty, jakby tak nas rozdzielono:((

      Usuń
  9. Bywa ciężko ( nie bójmy się o tym mówić!)ale bywa też naprawdę pięknie.Jak mój mały smyk przyszedł na świat to przez cztery doby nie przespałam pół minuty i wcale nie dlatego, że płakał, miał kolki czy inne cuda. Pojawił się we mnie nieznany dotąd lęk... lęk, że jak mnie nie będzie obok, że jak pozwolę sobie na chwilę snu to stanie mu się coś niedobrego a ja nie usłyszę i nie zareaguję... po czterech dniach byłam tak wyczerpana jak nigdy w życiu.Na szczęście porozmawiała ze mną fajna położna środowiskowa po rozmowie z którą zaczęłam w miarę normalnie spać (oczywiście tyle na ile pozwalał mi mały :P).Ale rzeczywiście dużo prawdy jest w stwierdzeniach, że jeden uśmiech, uścisk czy słodkie "Mamusiu" wynagradza bardzo dużo ...
    Pozdrawiam ciepło
    Joasia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, o jakim lęku piszesz. To suurealistyczne wręcz uczucie. A co do uśmiechu dziecka - prawdziwe szczęście!

      Usuń
  10. NO to ja jestem szczesciara;) Moj Jako byl na poczatku wyjatkowo grzeczny. Nawet przy samym porodzie nie zaplakal, co mnie martwilo. W domu bylo tez wyjatkowo spokojnie,malo co plakal, jak zjadl, to spal.W nocy budzil sie tylko 1-2 na cycuszka i zarza z powrotem szedl spac;) Tak wiec w tej kwestii nie moge narzekac;) Teraz oprocz tego, ze jest ciekawski, musi wszystko dotknac, wszedzie wejsc, to tez nie moge narzekac, bo dalej malo co placze i ze spaniem nie mamy w ogole problemu.
    Tak wiec Kochana- przy nastepnym dziecku bedzie na pewno lepiej;)

    Pozdrawiam

    Ol(g)a

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu, mój też jest teraz przegrzeczny, tylko ten początek...

      Usuń
  11. Siedzę nad tym postem i zastanawiam się pisać czy nie? Bo jestem właśnie jedną z tych mam, u których było ,,cudownie'', chociaż akurat tego określenia nigdy nie używałam. Nie chodzę też po placu zabaw wymądrzając się przed innymi mamami, nie czuję się lepsza, nie opowiadam historii o pięknych porodach, chociaż takie były. Wiem, że byłabym w mniejszości, być może wiele z Was po prostu by nie wierzyła. Zanim urodziłam pierwszą córkę (2009) nasłuchałam się traumatycznych historii o porodówkach, połogu, pierwszych miesiącach z dzieckiem. Słuchałam mam, które pierwszy rok życia dziecka chciały mieć z głowy i czekały na pierwsze słowa, bo dopiero wtedy mogły nawiązać z nim kontakt. To w dużym skrócie bo opowieści było znacznie więcej, ale chciałam napisać o czymś co uchodzi za mit, czyli to idealne macierzyństwo. Obydwie ciąże zniosłam bardzo dobrze. Rodziłam bez żadnego ,,zaplecza'' czyli rezerwacji sali, położnej i innych dodatków, które miałyby zapewnić mi spokój i komfort. Nie dlatego, że nie mogłam, ale dlatego że nie chciałam. Nie chciałam ryzykować, że nastawię się na coś czego nie dostanę i w konsekwencji zamiast spokoju ogarnie mnie panika, że sale zajęte, położna nie dojedzie itp. Mimo to, miałam salę, położną, która od początku była za mną, dwie pomocne stażystki, basen, kamienie i inne rzeczy, których nie chciałam. Chciałam się położyć ,,na boku'' i urodzić. I tak też zrobiłam. Bez znieczulenia, w wygodnej pozycji, w obstawie fantastycznych ludzi. Spokojny poród i skupienie na dziecku ochronił mnie przed szwami. Mogłabym o tym nie pisać, ale skoro tyle się mówi o porozrywanych kroczach i tego konsekwencjach, to chcę powiedzieć, że nie jest to regułą i składa się na to wiele czynników. Półtora roku później, identycznie, tylko dużo szybciej urodziłam drugą córkę. A teraz przejdę do tematu. Wiem, że miałam ogromne szczęście rodząc w wybranym przez siebie szpitalu, gdzie duży nacisk kładzie się na bliskość matki z dzieckiem. Córki bardzo dobrze przystawiano mi do piersi, karmiłam Je od razu, przez godzinę po porodzie. Po dwóch dobach laktacja ruszyła jak z fontanny. Pierwsza córka spała i jadła, druga...jadła i spała. I tak przez pół roku. Po powrocie ze szpitala siedziałam z mężem przy stole i myślałam ,,to już?" Przecież wszystko miało się zmienić. Zmieniło się, ale na dużo lepsze. Przeżyłam dwie kolki, u każdego dziecka po jednej bo najadłam się czekolady. Nie przestałam jej jeść, ale ograniczyłam ilość:) Aha! Pierwsza córka nienawidziła wózka, więc nosiłam Ją w chuście, za to druga nie chciała z wózka wyjść. Z czasem jak rosły niewiele się zmieniało. To nie znaczy, że zawsze jest idealnie, nigdy zresztą do tego nie dążyłam. Ale od pierwszego dnia macierzyństwo mnie cieszy, nie przepłakałam ani jednej nocy, nie chodziłam niewyspana, a mimo to bałam się, że to zbyt piękne żeby było prawdziwe. Dzieci nie chorują, trzy razy miały katar, nie pamiętam jak wygląda pediatra. I teraz, kiedy chcemy mieć kolejne dziecko boję się, że wyczerpałam limit szczęścia, że tym razem tak nie będzie. Nie wiem czy ktoś to czyta, zaraz kończę:) Piszę to, bo wbrew temu co tu przeczytałam, to co raz mniej mówi się o takich właśnie mamach. Modne stało się mówienie o tym, że jest ból, odrzucenie, samotność... Owszem to jest i całe szczęście się o tym mówi. Ale takie demonizowanie jest niesprawiedliwe. Wszyscy wierzą, że jest strasznie, ale ciężko uwierzyć, że wcale tak nie musi być. Wszystkie powinnyśmy sobie życzyć takich porodów i pierwszych miesięcy z dzieckiem. I naprawdę mam świadomość chorób, wypadków losowych, kiepskiego personelu, zagrożeń, hormonów, braku bliskich i wsparcia. Napisałam o swoich doświadczeniach, bo może być też pięknie. I nie jestem nawiedzoną katechetką, eco mamą itp. Jestem absolutnie, do granic normalna:) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. m - wyglada na to, ze masz szczescie do ludzi i okolicznosci towarzyszacych, ale przede wszystkim potrafisz osiagnac wewnetrzny spokoj i nie dac porwac sie negatywnym emocjom. uklon w twoja strone

      Usuń
    2. Droga M. - bardzo Ci dziękuję za ten post i gratuluję, że wszystko Ci się tak w życiu wspaniale układa. Poruszyłam ten temat, aby "dać ujście" swoim smutkom i innym dziewczynom, którym było ciężko, a bały się (lub nie chciały) o tym wcześniej mówić. Ja, podobnie jak Ty, cieszyłam się macierzyństwem od pierwszego dnia, tym bardziej, że na dziecko czekałam sześć lat i nie było mi z tym lekko. Kiedy się już udało nawet nie jęknęłam przez cała ciążę - z wdzięczności, że jednak mogę być mamą. Alę nie boję się przyznać, że owszem, płakałam, miałam kolki, kłopoty z laktacją i wiem doskonale jak wygląda mój pediatra. Tak, masz rację,powinnaś być wdzięczna losowi, że nie musiałaś przez to przechodzić. Ale nie zgadzam się z Tobą, że teraz już wszyscy narzekają i nie mówi się o Supermamach i Supermacierzyństwie. Przeciwnie. Zatrważa mnie ilość eko-mam z przywódczynią Reni Jusis, które wyznaczają trendy. Z ich powodu, w formie protestu, nie kupiłam sobie chusty, tylko nowoczesne nosidełko:) Nie demonizuję tych początków, jedynie zwierzam się z tego, jak MI było trudno. Rozmowę o bólu i odrzuceniu, uważam jednak za potrzebną, a czasem wręcz oczyszczającą dla niektórych ludzi. Pozdrawiam Cię i życzę kolejnego cudownego etapu w życiu. Sobie też:))

      Usuń
  12. nie mogę udzielać się na temat postu, ponieważ takie przeżycia ciągle przede mną :) ..bardzo podobają mi się zdjęcia ! bezwarunkowa miłość ! wspaniałe. Pozdrawiam, www.monika-paula.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, miłość jest bezwarunkowa:) Pozdrawiam Cię Moniu!

      Usuń
  13. u nas też bylo ciezko.
    od poczatku byl problem z karmieniem. bylam po CC. ja "pozbieralam sie" momentalnie. juz nastepnego dnia paradowalam po korytarzu.
    najgorzej bylo z pokarmem, ktorego nie bylo. weronika zaczynala ssac i momentalnie po 5 minutach zasypiala. trudno mi bylo okreslic ile zjadla. "doradca laktacyjna" z imid zwrocila mi uwage, ze dziecko musi ssac EFEKTYWNIE przez 15 minut! tak nie bylo. zaczela sie walka o pokarm i dokarmianie butelka.
    po powrocie do domu praktycznie nie wychodzilam z lozka. wszystkim zajmowala sie moja mama i maz. spalam na siedzaco. w dzien i w nocy. weronika byla do mnie przyssana niemalze non stop. ja sie nie poddawalam. mialam niespozyte poklady energii. przyjmowalismy gosci :)
    nie zrazalam sie nawet krytycznymi uwagami i przykrymi uwagami mojej tesciowej
    niestety na pierwszej wizycie okazlo sie, ze weronika wazy mniej niz przy wyjsciu ze szpitala! pediatra kazala dokarmiac czesciej i dodatkowo caly czas karmic piersia.
    nastepnego dnia dostalam telefon z przychodni, z informacja ze czeka na nas skierownaie do szpitala dla weroniki. na kontrole! zamarlam. pojechalismy na sygnale. na szczęscie wszystko bylo w najlepszym porzadku.
    pozniej co tydzien kontrolowalismy wage, ktora po mleku modyfikowanym rosla i rosla. ja nieustajaco walczylam o wlasne mleko.
    w koncu po trzech miesiacach powiedzialam dosc. zostalysmy na butelce. i wcale tego nie zaluje!
    byla jeszcze mala przygoda z rehabilitacja. ale to juz inna opowiesc.
    dzis weronika jest super dzieckiem. radosnym, energetycznym i chyba moge powiedziec, ze z dobra odpornoscia. pierwszy antybiotyk dostala ostatnio - w wieku 2 lat i 8 miesiecy.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Historia bardzo podobna do naszej! My kupiliśmy wagę i codzienne (sic!) ważyliśmy małego. To było chore! I też butelka zakończyła tą nasza paranoję. Mały, odpukać, 1 raz miał katar:)

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    3. U nas niestety tez tak ......jest ....z założenia chciałam karmić piersią .....codziennie odciąganie pokarmu i nerwy naszej Niuni .....wszystko wskazuje na to ze po prostu nie dojada ;( dziś kupiliśmy mleczko zastępcze.....i wagę ;( pierwsza porcje dostała o 22 ciekawe czy po nim prześpi chociaż 2 godzinki ......a nie tak jak po moim będzie płakać co 30 miniút ......chociaż ja mam wyrzuty sumienia "ze jestem złą mama" bo nie wystarczająco się starałam ze swoim mlekiem ;( ehmmm

      Usuń
    4. hej nie martw sie. nie wolno ci tak myslec! to nie jest koniec swiata.
      ja tez sie staralam. naprawde bardzo. uwazam, ze zrobilam wszystko co w mojej mocy. ale wyszlo inaczej. nie do konca na wszytsko mamy wplyw.
      odciaganie, laktatory, cigle przystawianie do piersi - kiedy tak naprawde niewiele leci to stres. mysle, ze malenstwo bedzie spokojniejsze jesli ty bedziesz spokojna bo bedziesz pewna, ze zjadla i ile zjadla.
      my kupilismy enfamil. probowalismy pozniej zmienic - nie udalo sie. tylko to jej smakuje. do tej pory :)
      glowa do gory! bedzie dobrze!!!

      Usuń
  14. Nie ma reguł. Ja też myślałam, że będzie pięknie, a pięknie nie było.. Problemy z karmieniem, częste pobudki w nocy, zmiana życia o 1000 % dodatkowo wszyscy inni lepiej wiedzieli co i jak mam rodzić z własnymi dziećmi.... Jest parę blogów, które jednak obalają teorię o sielankowym macierzyństwie np. www.niegrzecznemamuski.blogspot.com :-) Mnie bardzo pomógł ten blog, stanowił dla mnie pewien rodzaj internetowej grupy wsparcia :-)
    Uważam, że dużo złego robią w kwestii przedstawiania sielankowego macierzyństwa reklamy. Mimo wszystko są one wszechobecne i wbijają się w świadomość.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Ostatnio odkryłam jeszcze fajny blog:www.matkasanepid.blox.pl POLECAM:)

      Usuń
  15. ale masz odzew, widac temat porywa. bo zadne z nas matki polki przenajswietsze - kolki, odparzone pupy, historie szpitalne, alergie, praca na dwa etaty, walka z hormonami nadopiekunczej kwoki i totalnym zmeczeniem materialu to codziennosc wiekszosci mlodych matek.
    mnie sie wydawalo, ze jestem wrakiem przy pierwszym dziecku. a po poltora roku urodzilam drugie i dopiero zobaczylam, co to wyczerpanie i zasypianie na stojaco mimo, ze maz dzieli ze mna wszelkie obowiazki. a teraz, po kolejnym poltora roku uwazam, ze naprawde bylo warto. kiedys odespie, odpoczne, a poki co lapie ulotne chwile rozwoju moich dzieci i rzczulam sie na kazdym kroku. a jak juz jestem u kresu, powtarzam sobie: jeszcze troche i pojda na studia... za jakies 17 lat ;)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale mnie rozśmieszyłaś:))) Pozdrawiam!

      Usuń
  16. Ja całą ciążę bałam się porodu. Ba, ja się porodu bałam na długo przed tym zanim w ogóle zaczęłam myśleć o tym, że kiedyś będę mamą. Nasłuchałam się opisów jakie to straszne, bolesne, traumatyczne i opisy te prześladowały mnie przez długie lata. Na domowej szkole rodzenia praktycznie w ogóle nie kodowałam tego co mówi do mnie położna, co jakiś czas tylko pytałam-ale jeśli mam w porządku wyniki z krzepliwości krwi i inne to w razie czego na pewno dostanę znieczulenie? Moja położna miała więc na mnie poprawkę i żegnając się ze mną lekko pobłażliwie stwierdziła:pani Izo, przeżyje to pani, jakby co to w razie czego dostanie pani znieczulenie a jak będzie po wszystkim to proszę napisać jak było;) Niezmiernie tez bałam się całej tej ciąży, nudności, dolegliwości różnych...Ja mam bardzo kapryśny organizm, mam bardzo wrażliwy centralny system nerwowy i silnie niezwykle reaguję na bodźce zewnętrzne takie jak ból, zmiana temperatury, zapachy, hałas, ostrzejsze światło itd.
    Kompletnie nie bałam się tego życia po porodzie, bo przecież każda mama sobie radzi jakoś, zresztą co w tym mogłoby być trudnego-myślałam.
    Kiedy w końcu zaszłam w ciążę okazało się, że zniosłam ją rewelacyjnie, wszyscy mi mówili, że pewnie urodzę chłopca, bo tak korzystnie niby wyglądam;) Żadnych nudności, zachcianek, obżerania się po nocach, opuchnięć, podejrzanych bóli itd...Byłam mega zdziwiona, bo zanim zaszłam w ciążę 12 lat leczenia musiałam przejść i już samo to nastawiało mnie jakoś do ciąży z przekonaniem, że po tym wszystkim to oj lekka ta ciąża nie będzie...Poród zniosłam tak dobrze, że sama byłam w głębokim szoku,nie mogłam uwierzyć, że tak wygląda poród, spodziewałam się, że pewnie rozerwie mnie na pół i będę miała taką traumę, że już nigdy więcej nie zbliżę się do męża;) i pewnie będzie mnie wszystko tak bolało, że nie siądę przez 2 miesiące;) Ależ się zdziwiłam, gdy okazało się, że wcale tak nie jest! Owszem, bolało,ale wszystko do przeżycia! mąż był ze mnie bardzo dumny, wiedział jak się bałam i zdziwiło go to, że tak gładko mi to poszło. I z pewnością żadnej kobiety, przyszłej mamy straszyć tym nie będę. Trafiłam na super szpital,który stawiał na bliskość mamy i dziecka, ochronę krocza, po prostu super personel!Jeśli chodzi o poród, to mogę iść rodzić nawet za tydzień, nie przesadzam z niczym! Pewnie drażnię takim pisaniem, ale żeby nie było za słodko to i musi być druga strona medalu. Ano własnie:) Zabawne-wyzwaniem okazało się wszystko co było potem, a nie to czego się tak bałam...Ja nie sądziłam, że coś tak dziwnego, pewnie naturalnego dzieje się w kobiecych głowach, pewnie hormonach, że stają się one tam mocno zestresowane tym czy aby na pewno wszystko robią dobrze? Nie ufałam chyba sama sobie, często dzwoniłam do położnej z najidiotyczniejszymi pod słońcem pytaniami, typu: pani Magdo, bo mała zawsze spała z zamkniętymi ustami a teraz śpi tak od godziny z otwartymi, może ona ma niedrożny nosek?
    :)
    Biedna ze mną była ta nasza położna;)
    Nie wiem,tak było u mnie...ale każde dziecko daje mamie inne przygody. Ja miałam stres czy wszystko z dzieckiem w porządku, nikt nie dał mi instrukcji obsługi do dziecka kiedy opuściłam szpital i ciągle miałam wątpliwości czy dobrze wszystko robię, tym bardziej jak mała płakała...nie wiedziałam czy to dlatego, że ja coś źle robię, czy ona jest jakaś nieszczęśliwa czy co;)
    c.d.n

    OdpowiedzUsuń
  17. c.d.
    trudne byłe też dla mnie początki laktacji-piersi paliły mnie żywym ogniem z bólu, dziąsełka mojego dziecka były dla mnie jak imadełka, często zaciskałam zęby albo karmiłam płacząc z bólu z pogryzionymi do krwi brodawkami...Początki karmienia to było co godzinę niemal z zegarkiem w ręku prawie przez całą dobę...wyglądałam jak cień siebie chyba i padałam z niewyspania na pysk....choć męczyło to bardzo czułam, że muszę to robić i kropka:) hormony? nie wiem, a może za dużo się naczytałam o karmieniu naturalnym?
    Udało się karmić do 8 miesiąca-mogłabym nadal, nawet to polubiłam o dziwo, ale moje dziecko dłużej nie chciało, woli butelkę i normalne jedzonko.
    Zaskoczyły mnie te trudności z laktacją, nikt mnie nie uprzedził, że tak będzie, na ulotkach perfekcyjnie wyglądające mamy z uśmiechem na ustach przystawiały do swoich piersi zadowolone bobasy...Czułam się trochę oszukana...nawet koleżanki nie mówiły nic...dopiero jak zaczęłam wręcz wydzierać od nich tę prawdę przyznały, że może i tak było, ale dokładnie nie pamiętają...
    Wyzwanie mam nadal, moje dziecko jest mega ruchliwe i energiczne, ciekawe świata, ma tak zmienne nastroje ćwiczące moją cierpliwość i kreatywność, umiejętność "zagadywania" dziecka na chwilę przed zapowiadającą się erupcją płaczu, czasami padam na pysk, często czuję się złą matką, za mało dającą pewnie z siebie...ale mimo wszystko w tym zmęczeniu materiału momentami i jakiejś niepewności swojej...mimo wszystko czuję się szczęśliwą mamą....choć momentami bardzo zmęczoną;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Izuś - odpowiedź do `Ciebie poniżej.

      Usuń
  18. oj no macierzyństwo łatwe nie jest. to na pewno wyrzeczenia. dla mnie to było na początku ciągle napięcie psychiczne że jestem odpowiedzialna za drugiego człowieka.nigdy nie mogła psychicznie odpocząć. zawsze w głowie kłębiły się myśli, ile zjadła czy zjadła kiedy znowu nakarmić kiedy przewinąć ile spała. pragnęłam tego uczucia że zrobiłam wszystko i mam WOLNE. brak takiego poczucia że coś zależy ode mnie wszystko zależało od Lenki ile się wyśpię czy zdążę zrobić obiad, itd itd. brak możliwości decydowania o swoim własnym czasie bardzo mnie wkurzał. teraz przy Kice jest totalny luz wszystko wychodzi jakoś tak bardziej naturalnie bez stresu i jest bardzo sympatycznie. myślę że wszystko zależy od dziecięcia i jego charakterku. ja np. nie karmiłam piersią żadnej z moich dziewczynek, próbowałam nie wyszło trudno, za chwilę na pewno zostanę okrzyknięta złą matką, trudno. ważne żeby nam było dobrze. to że karmienie nam nie wychodziło przytłaczało mnie a że mój nastrój udzielał się dzieciaczkom to przeszliśmy na butelkę i ja się z tym nie kryje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mamuś, dzięki za taką szczerą wypowiedź!

      Usuń
  19. Moje i Maksa początki były wręcz idealne - jadł spał jadl spał, zero kataru, kolek humorków...ale do momentu jak panował sztukę przemieszczania się...Oj dał mi do wiwatu.....Jeżeli pamietasz stare przedwojenne filmy w przyspieszonym tempie to tak bylo u mnie. Moje dziecko przemiesczało sie z miejsca na miejsce z kosmiczną prędkością. To wtedy musiałam zrezygnowac z moich ukochanyh szpilek i spodniczek bo nie mogłam go dogonic:) Potem zaczęly sie zpalenia krtani, wizyty w szpitalu itp. ...Więc chyba żdna z nas nie miała lekko:) ale i tak tesknię za tamtymi czasami...szkoda ze czas tak ucieka.... pozdrawiam gorąco asia

    OdpowiedzUsuń
  20. Iza, bardzo ładnie to napisałaś:) Ja podobnie bałam się raczej ciąży i porodu, a byłam pewna, że potem będę spokojną, cierpliwą Mamą. Marzyłam, że karmienie będzie tą mistyczną chwilą, Mamy i dziecka, która nas ze sobą połączy. Wręcz nie mogłam się tego doczekać. A tu los płata takie figle. Pozdrawiam Cię:)

    OdpowiedzUsuń
  21. Kochana jakbym czytała o sobie. U nas było dokładnie tak samo, cc, brak pokarmu, płacz. Do powrotu męża z pracy chodziłam w piżamie i nie miałam kiedy zębów umyć. Pamiętam jak modliłam się codziennie: "Boziu daj zdrowie mojemu Mężowi i synkowi, a dla siebie proszę o c i e r p l i w o ś ć". Kiedyś też o tym pisałam na blogu i podobnie jak Ty nie wstydzę się o tym mówić i nie uważam, że byłam złą matką, bo w końcu odpuściłam i karmiłam Stacha butelką. Urósł duży, zdrowy i wesoły chłopak. Myślę jednak, że kiedyś przy drugim dziecku podejdę do tego wszystkiego na większym luzie i nie będę miała oporów prosić o pomoc (mamę, teściową). Przy pierwszym dziecku miałam syndrom "udowodnię Wam, że sobie poradzę" i odrzucałam wszelkie propozycje pomocy.
    Uważam, że trzeba o tym wszystkim pisać i mówić głośno, bo wiele kobiet ma obraz wyidealizowanych początków.
    Ale fakt faktem: Te Małe Sierściuchy wynagradzają wszystko :-)
    Trzymajcie się Mamuśki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też chciałam coś sobie i innym udowodnić chyba. Do dziś nikogo nie proszę o pomoc, wszystko chcę robic sama. Ale chyba to nie jest najmądrzejsze wyjście:) I popieram - trzeba o tym rozmawiać! Całusy.

      Usuń
  22. kochanie a było to tak

    Julię i Pawła rodziłam CC bo mam bb dużą wadę wzroku
    jak się urodziła mała nie wiem skąd miałam pokarm , skąd siłę na dostawianie jej do cycka?!
    filigranowa nie jestem więc cyckowanie nie było problemem
    mała jadła spała, spała jadła ... zero kolek, zero chorób, zero wieści na temat ząbkowania
    Paweł inna bajka - po CC nie karmiłam go piersią !! nie miałam pokarmu i się nie stresowałam nie jestem MAMMMMMĄ co to będzie zaciskać z bólu zęby (choć jak sobie teraz przypomniałam Julka poobgryzała mi cycki hihihih)
    dostał flachę i tyle
    kocham bbbbbbbbbbbb swoje dzieci są całym moim światem
    ale nie mam świra żeby uważać że ciąże porody i macierzyństwo było najcudowniejsze :)
    jest ciężko i radośnie jest płaczliwie i śmiesznie jest pod górkę i z górki
    nie porównywałam i nie porównuję co to moje a towje dziecko umie
    nie licytuje sie nie chwale każde dziecko jest inne
    teraz moja 13 latka doprowadza mnie do rozpoaczy bo mogę się z nia dogadac
    a mały chłopiec mnie wykańcza w inny sposób
    czsami idzie oszaleć
    ale nie oddam tego i już

    buzaki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba to prawda, że przy drugim dziecku zyskuje się więcej luzu i mniej się człowiek zadręcza:) Buziaki!

      Usuń
  23. No ja też jestem szczęściarą. Tak jak w zasadzie nie wiedziałam co to złe samopoczucie w ciąży, tak i jak urodziłam moją córę to też nie zaznałam płaczów, kolek etc. Nie miałam depresji poporodwej... Moje dziecko było spokojne i ciche. Oczywiście to mnie też martwiło, bo zastanawiałam się czy przypadkiem jest wszystko w porządku. Jak widać temperament odziedziczyła po tacie - stoicki spokój. Tak naprawdę dla mnie najtrudniejsze były kolejne miesiące, kiedy moja córa zaczęła siadać, chodzić. Właziła wszędzie gdzie tylko możliwe, próbowała środków czystości w łazience, raz spadła nam z łóżka, bo właśnie wtedy pierwszy raz postanowiła się przekręcić, wszystko otwierała, wyrzucała...Nie można było absolutnie jej spuścić z oczu. Wtedy byłam wykończona i jak mąż wracał to padałam ze zmęczenia. To bardzo indywidualna sprawa. Ja sama absolutnie nie mogę narzekać na pierwsze miesiace :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, u mnie odwrotnie:) Gdy nauczył się jakoś przemieszczać - dopiero odetchnęłam.

      Usuń
  24. A u mnie wszystko było cudownie! ...przy drugiej córce. Pierwsza dała nam trochę w kość, aczkolwiek mimo tego, że wówczas tak było - teraz pamiętam już jak przez mgłę i mimo tego, że dała nam nieźle popalić, to zaraz szybko chciałam już drugie - mąż tylko pełen obaw wciąż powtarzał - a co jeśli drugie też takie będzie na początku?
    A było tak - młoda nie znosiła ani wózka, ani jazdy autem w foteliku, ani noszenia w jakichkolwiek chustach, nosidłach itp. W dzień, już jako noworodek, spała bardzo niewiele - właściwie tylko przez pierwszy tydzień życia spała w ciągu doby więcej, a później miała 4 drzemki po pół godziny (właściwie z zegarkiem w ręku było to 30 min. co 2h). Z karmieniem miałam na początku o tyle problemy, że baaaaaardzo bolały mnie sutki, miałam je potwornie poranione i pogryzione, karmiłam ponad miesiąc przez nakładki, na wieczór przez pierwszy miesiąc dokarmialiśmy butlą, bo na wieczór już właściwie w ogóle pokarmu nie miałam. Wychodziłam z młodą na spacer, by po jakiś 20 minutach wracać pchając pusty wózek i niosąc płaczące dziecko na rękach i sama płacząc. Zazdrościłam wszystkim mamom, które spokojnie sobie godzinami spacerowały z wózkiem z śpiącym dzieckiem - jeśli nawet jakimś cudem udało mi się uśpić młodą w wózku, albo jakoś tam ją śpiącą włożyć, to miałam dokładnie 30 minut, aby wyjść, przejść się i wrócić, po tych 30 minutach budziła się i widząc, że jest w wózku od razu włączała syrenę. Autem, nawet jeśli musieliśmy pojechać bardzo blisko, była to jazda przy non stop włączonej syrenie, córka płakała jakby ją ze skóry obdzierali (a mieliśmy znajomych, którzy jak już nie mieli siły do dziecka, to wsiadali do auta i po prostu jeździli a ono sobie spało). Mogłabym długo pisać... ale i tak wspominam wszystko dobrze... ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Rzeczywiście dziwnie reagowała Twoja Maleńka:)) Nasz w aucie i wózku raczej spał. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Nasza druga też już "normalnie" ;)

      Usuń
  25. Macierzyństwo jest cudownym stanem, ale umówmy się - nie beztroskim. wręcz przeciwnie. Mam to szczęście, że moje maluchy należą raczej do tych mniej temperamentnych, ominęły mnie kolki i bolesne ząbkowanie...ale początki z obojgiem były trudne....bardzo chciałam karmić piersią, ale moje dzieci nie umiały chwycić brodawki, i jedno i drugie (2,5 roku różnicy, ten sam problem). W obu przypadkach walka o karmienie była ciężka, to była batalia...sceny też batalistyczne! Zasiadałam do karmienia o godzinie 19 po kąpieli wieczornej, uzbrojona w podusie, rogale do karmienia, poduszkę pod kark i pod kręgosłup. Dlaczego? Bo tak spędzałam noc - na fotelu, najczęściej do 5 nad ranem, kiedy wycieńczona zasypiałam i ze strachu o malucha odkładałam go do łóżeczka po to, żeby o 7 znów wstać i rozpocząć walkę o karmienie. Płakał maluszek, płakałam ja, cycki bolały...Kiedy po godzinie udało się maluszkom chwycić cyca i podjeść, błogo zasypiały i były 2 wyjścia - pozwolić im spać i liczyć się z ulaniem (lub wymiotami) za kilkanaście minut...bądź nosić do odbicia - czyli liczyć się z końcem snu...i ponownym karmieniem...jak sobie to wszystko przypomnę...to sprawdzanie wagi po każdym karmieniu, ściąganie mleka laktatorem i ciągły strach o malucha....ale warto było:) mimo wszystko, bo wspomniam późniejsze cycanie jako najwspanialszy czas dla nas, tylko dla nas...i kiedy mój synek sam odstawil się od cyca (13 m-cy, córa zrobiła dokładnie to samo) płakałam...z żalu, że oto kończy się ten piekny etap, a moje dzieci wkraczają w nowy bardziej samodzielny swiat...Ech, macierzyństwo jest darem od Boga, cudem i miłoscią, jest też strachem, niepewnością, czasem bezsilnością i złością, na siebie, na malucha, na świat...Ale sama powiedz - czy nie warto??:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warto, warto, warto, warto, warto, warto:))))))))))))

      Usuń
  26. Gabi przeczytałam wszystko od deski do deski i boję się pisać, bo wylałabym pewnie całe swoje przerażenie planowaniem ciąży, jej trwaniem, porodem i tym jak zmieni się życie PO.
    Czuję zimno pod skórą. Ale bardzo Tobie i wszystkim dziewczynom dziękuję. Wzbudziłam kolejny impuls w mojej głowie. Bo jak tak bardzo się boję, że będę matką wyrodną, o ile będę kiedyś. Bo 33 lata nie są najlepszym czasem na przesuwanie planów o dziecku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. bardzo podoba mi się to co napisałaś - daj się ponieść emocjom i nie myśl a wszytko się samo poukłada

      pozdrawiam

      Usuń
    2. Olu Kochana! Nadwrażliwcy są zawsze początkowo przerażeni - patrz JA:) Zazdroszczę dziewczynom opanowanym i spokojnym, bo im pewnie wszystko łatwiej, naturalniej to przychodzi. Sama bardzo chciałabym taka być, niestety nie jestem. Zauważ, że te "problemy" są tylko na samym początku. Potem jest piękniej i piękniej, i człowiek jest permanentnie wzruszony swoim maleństwem, i śmieje się z tych swoich pierwotnych lęków:) WARTO! Nie czekaj za długo (jak ja), bo ten proces może troszkę potrwać:)) Mocno, mocno Cię ściskam!

      Usuń
    3. Dziękuję Wam bardzo :*. Muszę mieć jeszcze trochę czasu, żeby móc przekonać mojego męża, że sama jestem pewna tej decyzji...

      Usuń
  27. oj ja też swoje wypłakałam bo...nie wiedziałam co robić, dlaczego płacze mój maleńki synek, co się dzieje? byłam przerażona!!!!!! pomogli rodzice, mąż.....ale z czasem było coraz lepiej i ja byłam odważniejsza, nie karmiłam piersia poród ciężki i mleko wyparowało:) Teraz mam nastoletnich synów i...pamiętam tylko podkreślam tylko wspaniałe chwile, chociaż bywało różnie. Ale nie czuję się złą matką bo nie dawałam rady.uczyłam sie maleństwa i....jestem dumną mama kwoką.
    Pozdrawiam Mirella

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana Kwoko Mirello:)) Dziękuję za szczery komentarz. Pozdrawiam.

      Usuń
  28. Dziękuje za szczerość! Też miałam CC. Więc początki z karmieniem nie były łatwe. Ja głupia dołowałam się czytając co inne mamy robią - super mamy. Co się naczytałam o tym z ilu dań powinien składać się obiadek - zupka, danie główne, deserek. I to przecier z tego z to z tego i jeszcze fotki dań. Szpilki???? Sukienki???? Buahahahah Koszula nocna prawie cały dzień. Uroku macierzyństwa odkryłam tak po pół roku i im dalej tym lepiej, fajniej.Teraz mój synek ma 3 lata i jest nam ze sobą super.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, co do obiadków i ilości dań, to ja do dziś mam kłopoty. Mój chce jeść tylko suche bułki:)) Ja też już to wiem, że im dalej tym fajniej:)

      Usuń
  29. Też u nas łatwo nie było. Ale fakt, praktycznie nigdy o tym nie piszę, nie po to by idealizować macierzyństwo, a dlatego, że najzwyczajniej w świecie, w ciężkie dni nie mam ochoty w ogóle wchodzić na bloga:D
    Ale wierzę i ufam, że są mamy, które się cudownie czują w macierzyńskiej przygodzie, już od pierwszych dni.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też wierzę i ufam. Pozdrawiam.

      Usuń
  30. No w końcu ktoś o TYM pisze. U nas dopiero teraz po 2 miesiącach zaczyna być lepiej...początki były baardzo trudne...mała ciągle chciała jeść, była praktycznie non stop na piersi, a w ogóle nie przybierala na wadze...ciągle płakała - a ja oczywiście razem z nią , bo nie wiedziałam co jej jest, codziennie wieczorem miała kolki...w nocy mało spała...przez co ja chodziłam jak zombie...a najgorsze jest to, że wszyscy mi mówili, że jak się dziecko urodzi to tylko śpi i je...a ja głupia wierzyłam, przez co myślałam, że z Nami jest coś nie tak. Teraz wiem, że to wszystko wygląda tak tylko pięknie w filmach i baaardzo sporadycznie w domach. Teraz sobie w miarę radzimy, oczywiście z każdym dniem jest lepiej, uczę się mojej córeczki codzień. Pozdrawiam i zapraszam do mnie:
    ourcommonworld.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też mówiono, że dziecko tylko śpi i je. A tu ani jedno, ani drugie:)

      Usuń
  31. U nas tez latwo nie bylo. Kolki i wspolne placze, dokladnie jak u Ciebie! Tez nie jestem zwolenniczka lukrowania macierzynstwa i czasem pisalam jak mi ciezko. Szkoda, ze jednak tak malo sie o tym pisze... Fajnie, ze zaczelas ten temat. Na pewno wielu swiezo upieczonym matkom to bardzo pomoze!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję, pozdrawiam Cię serdecznie!

      Usuń
  32. Unas też było niewesoło. Wszyscy mówili, że po 3 miesiącach wszystko mija a ja myślałam, że chyba nie przeżyje tych 3 miesięcy. Przeżyłam ale poprawiło się dopiero jak mała skończyła pół roku. Uratowała mnie chusta, był czas, że to było jedyne miejsce w którym mała spała w ciągu dnia. Teraz też się zdarzają trudne chwile ale jest jakby łatwiej. Przeważają te fajne-z uśmiechami, zabawą i zadowolonym bobasem :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, przewaga jest tych cudownych chwil:)

      Usuń
  33. Jestem mamą 7 tygodniowej dziewczynki i mogę napisać, że jestem na skraju załamania. Jak porodu się nie bałam tak przerażał mnie powrót do domu. Córka już w szpitalu się nie najadała, przy piersi machała rączkami, kręciła główka, jedno wielkie zdenerwowanie. W domu walczyłam, ściągałam mleko ale nie starczało nawet na jedno karmienie. Pewnie przez moje nerwy straciłam pokarm. Widzę jak córka jest bardzo nerwowa. Najgorsze jest to, że nie chce się przytulać, noszenie na rękach odpada. Woli leżeć w bujaczku z wibracjami. Jaką jestem matką?? Najgorszą z możliwych, po 2 miesiącach nie wiem co płacz oznacza i czego mała chce.
    Urodziłam małego nerwusa. Nie mogę czytać blogów, oglądać w telewizji jak macierzyństwo pięknie wygląda :(
    czytam pani blog bardzo długo, gdzieś w sercu ucieszyłam się na ten wpis...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana! Nie załamuj się. Z tego co piszesz, to nasze początki były identyczne. Tysiące matek, z różnych powodów nie karmią piersią w ogóle i nic złego ich dzieciaczkom się nie dzieje. Niech pediatra pomoże Wam z dobrym mlekiem (na receptę są tańsze). Oczywiście, że pokarm mamy jest lepszy, ale nie ma co demonizować MM. Poza tym dzieci po MM śpią lepiej i dłużej, bo jest bardziej sycące. Mój synek też początkowo się nie przytulał, bo nie lubił. Uspokajał się z to w ciasno pozawiązywanym beciku - może spróbuj. Jesteś NORMALNĄ MATKĄ - bardzo zdenerwowaną całą sytuacją, która chce jak najlepiej dla Maleństwa! W innym wypadku nie zawracałabyś sobie głowy takim wpisem. Ściskam Cię bardzo mocno, dasz radę!!

      Usuń
  34. To i ja sobie coś napiszę ;)
    Też jestem mamą prawie 8 tygodniowej dziewczynki. I mogę stwierdzić, że od ok 2 tygodni jest o wiele lepiej niż wcześniej. Byliśmy z 10dni w szpitalu, mała dostawała glukozę z mlekiem modyfikowanym przez sondę bo miała niski poziom cukru jak się urodziła, ja próbowałam ją dokarmiać piersią, ale ciężko było, bo ona była najedzona i dużo spała, a jeszcze miała doczepione do ciałka ze 3 "kable" to jak ją miałam wziąć na ręce z tym wszystkim i uważać by nic nie wyjąć (wenflon z główki, wcześniej z rączki) no masakra... sam widok doprowadzał mnie do łez... ale przez te 10 dni spałam w innym pomieszczeniu niż ona, budziłam się tylko o 4.00 w nocy na odessanie mleka, na początku było go tyci tyci, mieściło się w maleńkiej strzykawce, jak szłam do małej to jej wstrzykiwałam do buźki. Ostatnia doba w szpitalu była już tylko na moim mleku bez zadnych dodatków, ona ciągle była w innym pomieszczeniu więc mnie budzili na karmienie. Sprawdzili po tej dobie cukier, okazał się unormowany więc nas wypisali do domu - oczywiście powiedzieli, ze mamy wrócić jak tylko coś będzie nie tak.

    Pierwsze dni były najgorsze, bo ja w końcu miałam ją 24h na dobę, ona w nowym miejscu - więc dużo płakała, bo musiała się przyzwyczaić. Karmienie - to jakby prąd przechodzący przez piersi :( ale teraz jest o wiele lepiej :))) już nie boli. Ale zauważyłam, że faktycznie mleko ma związek z wypiciem wody, jak mało jej wypiję to mam mniej mleka, jak więcej to więcej ;) W szpitalu jedna kobietka powiedziała, ze mam 4 litry dziennie wypijać... na pewno tyle nie wypijam, ale staram sie mieć przy sobie szklankę wody ;)

    Co do snu - na początku było ciężko, ona co godzinę się budziła i płakała a ja? byłam przerażona, niewyspana i zastanawiałam się nad tym czy to tak ma wyglądać i jak długo? :/ może i chodziło o laktację, ze ona się nie najadała, może to że nowe miejsce... Ale w końcu mój organizm przyzwyczaił się do wstawania - czasem nawet po godzinie i nie czułam się poirytowana ;) jest to dla mnie normalne. Ważne by po karmieniu zasnęła. I nie zawsze jej się odbija, a śpi. Choć czasem się wierci, więc wstaję, ponoszę, poklepię, odbije jej się i spokój.

    Piszę że teraz jest lepiej bo ona w końcu zaczęła się interesować otoczeniem :) kładę ją do łóżeczka z rana, a ona leży i obserwuje - a ja w tym czasie mogę siusiu itp, nawet zjeść śniadanie ;) A wcześniej było tak, ze tylko ją się odłożyło to płakała :( więc w domu nieposprzątane, obiad nie ugotowany... bo ona była na rękach a spać w dzień nie wiele chciała. Cóż, stwierdziłam, ze póki co tak będzie i tyle, ale się tym nie przejmowałam i nie popadałam w rozpacz. Ona na szczęście cały czas przybiera na wadze. No i co ważne jest z nią kontakt, jak ją położę i się nachylę nad nią to sobie pogadamy, ona się pouśmiecha :D dwa tyg temu jeszcze tak nie było. Jednym zdaniem jest coraz lepiej :) Na szczęscie lubi jazdę samochodem i wózek :)

    Pozdrawiam wszystkie mamy - głowa do góry! :)

    OdpowiedzUsuń
  35. Kochana Dag-Esz, to super, że powolutku już wszystko zaczyna Wam się normować! Jak już się ustali taka codzienna rutyna, to będzie coraz łatwiej. Dałaś radę, chociaż ten początek w szpitalu z pewnością był dla Was trudny... Nasz synek na szczęście, prawie zawsze "odbijał" i ze snem nigdy nie mieliśmy kłopotu:) Oj przypomniało mi się, jak to jest nie zdążyć umyć zębów, zjeść śniadania itp.:) Teraz już co chwile będą czekać na Ciebie same fajne niespodzianki od Małej:) Od pierwszego uśmiechu, po słowo Mama. Trzymaj się w takiej optymistycznej formie:) Pozdrawiam. A, bardzo lubię Twój blog:)

    OdpowiedzUsuń
  36. Boże jedyny... jaki piękny obrazek...Ostatnie zdjęcie przyprawiło mnie o totalne wzruszenie... jak bym już chciała tak przytulić się do Gucia :)

    OdpowiedzUsuń
  37. Karmienie dziecka na sile piersia to kompletna bzdura.Jakas moda nastala i wszystkim matkom sie wmawia glupoty.Mam dwoje dzieci wykarmione butelka i nigdy nie mialam z nimi problemow.Nigdy nie chorowaly i nadal nie choruja.Nie wiem co to zap. pluc czy oskrzeli u dziecka.Nawet chorob dzieciecych nie przechodzily.Sa zdrowe,szczesliwe i madre.Nie widze potrzeby meczenia dziecka i siebie tylko dlatego,ze dzisiaj koniecznie trzeba karmic piersia.Jesli dziecko nie je,placze i co gorsze nie przybiera na wadze,to znaczy,ze nalezy dac mu butle cieplego,pozywnego mleka i tyle.I w nosie mam co mowia na ten temat tzw. autorytety.A karmienie piersia rocznego "konia" to juz w ogole przesada.Kotlet,ziemniaki i surowka- to jest jedzenia dla roczniaka.

    OdpowiedzUsuń

DZIĘKUJĘ:))